sobota, 3 października 2015

☾ : Nów w czasie pełni

Zaćmienie Księżyca? Również je widziałem! Dopiero kiedy opadła zaćmieniowa gorączka i wszyscy wrócili do swoich codziennych zajęć (oraz odespali po poniedziałku), postanowiłem podzielić się z Wami paroma wspomnieniami z tego wydarzenia.

A było to wydarzenie niezwykłe! Pierwsze prognozy dawały nadzieje na pogodne niebo na początku tygodnia. Wyobraźcie sobie mój zawód, kiedy kolejna aktualizacja prognoz nie była już tak optymistyczna. No cóż - nawet w dziurach pomiędzy chmurami da się wypatrzeć Księżyc, nie można rezygnować. W końcu niedziela. Od rana nieśmiało się rozpogadzało, a po południu niebo było niemal czyste. To dawało dobry znak i nic nie wskazywało na jakąkolwiek zmianę. W końcu i ICM zmienił swoje prognozy, pokazując brak zachmurzenia aż do rana. I faktycznie. Należało tylko czekać na ten moment. 
Czas dłużył się bardziej niż zwykle. Planowałem jeszcze trochę popracować, ale skończyło się na bezczynnym wyczekiwaniu zaćmienia. Trzeba przyznać, że byłem już mocno zmęczony. Jednak widok Księżyca od pełni do nowiu we wszystkich fazach w ciągu jednej nocy to prawdziwe przeżycie. Wynagradza wszystko! Szczerze powiedziawszy, nie spodziewałem się aż takiego efektu. Może to przez skrywany gdzieś głęboko w środku niedosyt wywołany zaćmieniem półcieniowym sprzed 2 lat? Wtedy było widać ledwie subtelne pociemnienie części Srebrnego Globu i zaniku jednej z krawędzi jego tarczy. 


Okazało się na wskroś inaczej. Około godziny 3 dało się już zauważyć zanikanie jednej z części Księżyca. Wpół do czwartej na niebie została już jedynie połowa Księżyca, a terminator posuwał się coraz dalej. Spoglądałem raz lornetką, raz gołym okiem i już tylko czekałem na tę maksymalną fazę. Wszyscy czekali. Ale to nie znaczy, że w międzyczasie nie było czego podziwiać! Moją uwagę przykuwały również dosyć wolne meteory, pozostawiające wyraźne ślady na niebie. Widziałem ich tej nocy kilka. Leciały z okolic zenitu. Być może były to delta Aurygidy, mające swoje maksimum następnego dnia. Radiant w Woźnicy zgadzałby się z moimi obserwacjami, mimo, że ich aktywność nie jest zbyt duża (ZHR=3).


W końcu nastał ten moment. Żarząca się jeszcze ostatnia część Księżyca zgasła, ustępując miejsca zalewającej Glob, już od dobrej chwili, czerwieni. Zgasł Księżyc. Nie chcę sobie wyobrażać, co w takich sytuacjach musieli myśleć starożytni, prawdopodobnie z trwogą przyglądający się podobnemu zjawisku przed wiekami. W momencie gwiazdy jakby zajaśniały. Niebo stało się bardziej wyraźne i wystarczyło jedynie skierować wzrok bardziej ku wschodniej jego części, by ujrzeć Go. Orion w drugiej części nocy już króluje nad naszymi głowami. Od razu spostrzegłem, że mamy do czynienia z niezwykle przejrzystym niebem, bijącym na głowę nierzadko występujące zimowe "zupy z mlekiem". W chwili udało mi się zupełnie zignorować Księżyc, spędzając dobry kwadrans na przeczesywaniu Oriona z jednej strony na drugą. Była okazja - w końcu nów w czasie pełni nie zdarza się często i jeszcze ta genialna pogoda. Bodaj najlepsza od pół roku w Kielcach. Dobra, czas wracać do Księżyca. Jeszcze tylko upewnić się, czy Betelgeza na pewno nie wybuchła i możemy skupić się na głównej atrakcji tej nocy.


Księżyc jest często nazywany przez miłośników (raczej niezbyt wielkich fanów jego samego) Łysym. Nigdy nie przemawiała do mnie ta ksywka, toteż po raz pierwszy użyłem ją na tym blogu. Nigdy nie zrozumiem czemu porośnięta drzewami od dołu do góry Łysica (najwyższy szczyt Gór Świętokrzyskich) zawdzięcza swoją nazwę, ale podobieństwo Księżyca do nieowłosionej świecącej glacy jest raczej oczywiste. Z tym, że nie tym razem. Księżyc jest rudy! Tak! Wiem, co mówię, w istocie znam się na tym!  


sobota, 26 września 2015

O^O Jak zostałem lornetkowcem? o^o

Sporo czasu minęło odkąd po raz ostatni na moim blogu podejmowałem temat sprzętu obserwacyjnego. Wówczas w mojej twórczości lubiły pojawiać się katadioptryki, jednak w ciągu ostatniego roku wiele się zmieniło i tak oto wielki zwolennik teleskopów zwierciadlano-soczewkowych pozostał bez własnego katadioptryka, jedynie ze sporadycznymi kontaktami z kilkoma modelami w konstrukcji Schmidta-Cassegraina. Po sprzedaży urokliwego Maksutova cele moich obserwacji wizualnych poszły w zupełnie nowym kierunku. Nie obyło się i bez eksperymentów...

Wydaje mi się, że wiele zmieniło się również w naszym miłośniczym środowisku i coraz częściej w pytaniach nowicjuszy "jaki sprzęt na początek?" zamiast polecania sprawdzonych Newtonów na montażu Dobsona, w tym wiecznie żywej Synty 8", pojawiają się rady "zacznij od lornetki". Pamiętam także jaką furorę jeszcze niedawno robił zakup legendarnej japońskiej lornety Miyauchi, co teraz wydaje się naturalną koleją rzeczy w  gromadzeniu docelowego ekwipunku na bezchmurne noce. W kraju, który może liczyć na zaledwie kilkadziesiąt nowiowych nocy obserwacyjnych w roku coś jakby pękło i grupa "wizualowców" odżywa, głównie dzięki lornetkom albo wielkim (i wciąż drogim!) Newtonom. 

Powszechna zmiana nastawienia do lornetek, które ze sprzętu pomocniczego dla teleskopów przeszły do rangi instrumentów docelowych, odbiła się również na mojej szafie z astro-stuffem. W tym miejscu chciałbym się pochwalić, że od stycznia jestem szczęśliwym posiadaczem cenionej przez wielu lornety. Nie jest to co prawda Miyauchi, ale marynarski sprzęt wyprodukowany przez dobrze znaną niemiecką firmę Teleskop Express. TS Marine 28x110 MX, bo tak brzmi jej pełna nazwa, to prawdziwy kolos wśród lornetek. Ten model miał już swoje 5 minut na moim blogu w relacji ze zlotu w Zatomiu, gdzie wśród masy zdjęć z tej imprezy odnajdziemy także Łukasza (lukosta), do którego ustawiały się kolejki, by spojrzeć przez to cacko. Na jednym ze zdjęć nie zabrakło i autora tego bloga, który z blaskiem w oczach obserwował każdy ruch zielonego giganta na dobrze wyważonym żurawiu lornetkowym. Jednak wejście w posiadanie takiego potwora nie było spontaniczną decyzją, ani kaprysem chwili...

To proces, który zaczął się dużo wcześniej. Pamiętam jak pewnej wiosennej nocy 2 lata temu na obserwacje do Barana przyjechał Krzysztof (okroj) ze swoją lornetą Celestron SkyMaster 25x100. Wtedy taka maszyna wydawała mi się czymś ogromnym i chyba nigdy wcześniej na dłużej nie miałem okazji skorzystać z usług oferowanych przez lornetki o takiej aperturze. Poczciwa setka zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Nie spodziewałem się, że lorneta pod ciemnym niebem może mieć takie możliwości. Moja fascynacja dużą lornetą była na tyle duża, że już podczas kolejnego nowiu spotkaliśmy się w tym samym składzie, ale z ... dwoma SkyMasterami 25x100. Chyba nigdy nie zapomnę miny Krzyśka kiedy zobaczył mój nowy nabytek. Tamta noc należała już tylko do Celestronów. Po pewnym czasie mój kompan sprzedał swoje 25x100, a ja z czasem przekonywałem się, że duża lornetka to z jednej strony potęga możliwości, ale z drugiej również źródło specyficznych trudności, których nie doświadczałem wcześniej używając tylko teleskopu. Główną zmorą każdego posiadacza dużych lornetek musi być waga - myślał Mikołaj przed dwoma laty. Tak! W końcu mój statyw fotograficzny ledwo się pod nią trzymał, z czasem nawet jedna z blokad w statywie odmówiła dalszej współpracy pod ciężarem 10-centymetrowej lornety. Poza tym taki sprzęt kocha porę nowiu pod ciemnym niebem, natomiast w mieście odsłania swoją kapryśną naturę. Dlatego w Kielcach wyjmowałem ją z futerału głównie w dzień żeby spojrzeć na przelatujące samoloty (tak, dało się zobaczyć kontury humanoidalne za sterami nisko lecących awionetek, jeśli ustawiały się pod odpowiednim kątem), z kolei w nocy zostawało mi kilka klasycznych obiektów i przeważnie jeden, ogromny i jasny podczas pełni. Słabe zgranie pogodnych nocy bez Księżyca z weekendami w zaawansowanym czasie roku szkolnego spowodowały, że jeszcze pierwszej wspólnej zimy moja pierwsza duża lorneta zmieniła właściciela, dzięki czemu mogłem przeinwestować środki w kamerki astrofotograficzne (co z resztą z perspektywy czasu uważam za swój największy astro-miłośniczy błąd). 

sobota, 1 sierpnia 2015

Blue Moon i ... Boeing 737

Wczorajsza pełnia, mimo, iż z pozoru całkiem zwyczajna, była, statystycznie rzecz biorąc - niezwykła i niezdarzająca się często. Blue Moon ("Niebieski Księżyc") - taką nazwę nosi druga pełnia w ciągu miesiąca i naprawdę nie zdarza się ona często! 31 lipca Księżyc w pełnej krasie zawitał na naszym niebie po raz drugi w ciągu lipca - wcześniej pełnia miała miejsce 2 lipca. Pamiętajmy, że naturalny satelita Ziemi przez wieki, szczególnie w Polsce, nazywany był "miesiącem" i w pewien sposób jego cykliczne zmiany w wyglądzie i położeniu wyznaczały ludziom dwunastą część roku. Dlaczego więc co jakiś czas Księżyc przeczy tej regule i jego pełnia przypada nie mniej, nie więcej niż 2 razy w miesiącu? To proste. Jego okres obiegu wokół Ziemi wynosi nieco ponad 27 dni. Podczas dłuższych miesięcy, takich jak lipiec, pozostaje jeszcze 3-4-dniowe "okienko", w czasie którego przy odrobinie szczęścia, Księżyc ponownie może znaleźć się w pełni jeszcze w tym samym miesiącu. Warunek jest jeden - pierwsza pełnia musi nastąpić w pierwszych 2 dobach miesiąca, aby zjawisko było obserwowalne na całym świecie w każdej strefie czasowej.
Jak można się spodziewać, nie jest to takie łatwe, a i nie zdarza się często. Blue Moon przypada około raz na trzy lata i następne dwie pełnie podczas jednego miesiąca czekają nas dopiero w styczniu 2018 roku.


Jak to bywa w ludzkim zwyczaju, niepowtarzalne chwile chcemy uwiecznić. Dlatego postanowiłem sfotografować nie tyle Srebrny, co wyjątkowo Niebieski Glob. Szczęście dopisało mi tym bardziej, że na tle tarczy Księżyca zarejestrowałem Boeinga 737-808 Sunwing Airlines, lecącego z Malagi do Warszawy. To moja pierwsza fotografia z takim "tranzytem", stąd nie ukrywam ekscytacji. Trafienie samolotem w Księżyc to również niecodzienne zjawisko, wymagające z pewnością sporo szczęścia.

piątek, 5 czerwca 2015

C/2013 A1 - kometa muskająca ... Marsa



Cztery marsjańskie sondy kosmiczne, nadzorowane przez NASA i ESA, dwa łaziki podróżujące po powierzchni Czerwonej Planety i wiele innych instrumentów badawczych położonych zarówno na Ziemi, jak i w przestrzeni kosmicznej, w drugiej połowie października były skupione na badaniu komety C/2013 A1 (Siding Spring). To pierwsza wizyta tego obiektu pochodzącego z Obłoku Oorta tak blisko Słońca. Szczegółowe obserwacje tego typu ciał są niezmiernie ważne, ponieważ pozwolą odpowiedzieć na pytania o powstaniu Układu Słonecznego i nas samych. Ten sam obiekt  19 października zbliżył się do Marsa na odległość ok. 140 tys. km, notując największe znane ludzkości zbliżenie komety do planety wewnętrznej w naszym układzie.



C/2013 A1 (Siding Spring) została odkryta 3 stycznia 2013 roku przez Roberta McNaughta w położonym na wysokości ponad 1100 m n.p.m. obserwatorium Siding Spring w Australi. Po potwierdzeniu jej istnienia, stała się pierwszą kometą odkrytą w 2013 roku. Wyliczenia jej orbity na podstawie pierwszych danych wskazywały, że istnieje prawdopodobieństwo zderzenia z Marsem. Leonid Elenin z Keldysh Institute of Applied Mathematics oszacował, że może się ona zbliżyć do Czerwonej Planety na ok. 40 tysięcy km. Prawdopodobieństwo kolizji wynosiło mniej niż 1%. Później,wraz z napływem większej ilości obserwacji, oceniono, że odległość od Marsa w momencie zbliżenia będzie wynosiła ok. 140 tys. km.




Warunki do obserwacji C/2013 A1 z naszej szerokości geograficznej nie były zadowalające. Jesienią kometa była widoczna na południowej półkuli jako obiekt nieco jaśniejszy od 10 mag.  Szanse na jej obserwacje z Polski mogły pojawić się kiedy zbliżała się do Marsa, a więc w połowie października. Byłaby wówczas obiektem o jasności ok. 9 mag, święcącym o zmierzchu mniej niż 10 stopni ponad południowo-zachodnim horyzontem w gwiazdozbiorze Wężownika, nieopodal granicy ze Strzelcem. Niekorzystne warunki skutkowały tym, że jej obserwacje z Polski w tamtym okresie były raczej niemożliwe. Później obiekt ten znajdował się już zbyt blisko Słońca – peryhelium miało miejsce 25 października.

Tak bliskie przeloty komet obok planety nie są zjawiskiem częstym. W przypadku C/2013 A1 mieliśmy do czynienia z największym kiedykolwiek obserwowanym przez ludzkość zbliżeniem komety do wewnętrznej planety Układu Słonecznego. Mając na uwadze rzadkość tego zjawiska i jego wagę w badaniach interakcji atmosfery Marsa z przelatującą kometą, NASA przeprogramowała instrumenty badające Czerwoną Planetę tak, aby umożliwić obserwacje C/2013 A1 (Siding Spring) i jednocześnie zabezpieczyć marsjańską aparaturę przed niebezpieczeństwem, jakie może nieść ze sobą kometa. Obserwacje skupiają się przede wszystkim na jądrze komety, jej komie, a także monitorowaniu emitowanych przez nią gazów i pyłów oraz badaniu ich wpływu na atmosferę Marsa.

poniedziałek, 18 maja 2015

W Kielcach powstał nowy oddział PTMA

16 maja 2015 pod osłoną nocy, mimo niesprzyjającej pogody i plagi komarów w podkieleckim obserwatorium w Baranie piętnastu miłośników astronomii z województwa świętokrzyskiego i okolic spotkało się, by założyć Kielecki Oddział Polskiego Towarzystwa Miłośników Astronomii. 
Na wstępie chciałbym gorąco podziękować tym, którzy mimo przeciwności poświęcili swój czas i przyjechali na zebranie, tym bardziej, że decyzja o zmianie jego terminu zapadła praktycznie w ostatniej chwili.
Obserwatorium w Baranie - miejsce zebrania

Rozpoczęliśmy już dzień wcześniej, w piątek. Przyjechało kilka osób, a TVP Kielce sporządziła materiał o założeniu naszego oddziału do regionalnych informacji.
Później udało się wykorzystać noc na obserwacjach, jednak cały czas przez niebo przewijały się chmury. Mimo to 22" teleskop zrobił na nas ogromne wrażenie.
W towarzystwie Grześka i Mateusza - 15.05.2015

Niezłomni obserwatorzy nie poddają się mimo złej pogody. Od lewej: Mateusz, Eugeniusz, Jacek, Mikołaj, Grzegorz. - 15.05.2015

Następny dzień, mimo, że zapowiadał się pogodnie, pozwolił tylko na obserwacje Słońca. Po godzinie 17 zaczęły pojawiać się kolejne osoby, aby uczestniczyć w zebraniu założycielskim. W oczekiwaniu na komplet uczestników spotkania, prowadzone były dyskusje, a ostatnie chwile pogodnego nieba wynagrodziły nam pięknym słońcem pobocznym:
Słońce poboczne w Baranie 16.05.2015.

Dokładnie o 19:50, z dosyć sporym poślizgiem czasowym, rozpoczęliśmy zebranie założycielskie PTMA Kielce. Marzenia zaczynały się spełniać, po ponad 2 latach starań wielu Wielkich Miłośników z naszego regionu, szanse na wspólne działania odżyły i teraz potrzebujemy jeszcze większego zapału, aby zrealizować wszystkie nasze plany. 
Zebranie rozpocząłem, zwracając uwagę na to, jak wiele udało się nam już dokonać i przypominając trudy tworzenia kieleckiego oddziału: pierwsze takie plany pojawiły się w marcu 2013 roku. 22.03.2013 zorganizowaliśmy pierwsze spotkanie w obserwatorium w Baranie. Uczestniczyły w nim ... 3 osoby, w tym właściciel obserwatorium (Eugeniusz) i organizator spotkania, czyli moja skromna osoba. Tak rodziły się nasze plany, ale chyba nikt nie sądził, że dopiero po niespełna 26 miesiącach doczekamy się tej chwili i założymy własny oddział PTMA.
Rozpoczęcie zebrania - 16.05.2015

Potem głos zabrał Andrzej Letkowski - założyciel PTMA Kielce w 1971 roku i jego wieloletni prezes. Opowiedział nam w jaki sposób powstał oddział, który po ponad 20 latach reaktywowaliśmy. Po krótkim (lub momentami dłuższym) przedstawieniu każdego z zebranych, przeszliśmy do części formalnej zebrania. Przewodniczącym obrad wybraliśmy Jacka, a protokolantem Andrzeja. Przewodniczący odczytał Statut PTMA i poprowadził dalszą część zebrania. 
Po jednogłośnym uchwaleniu reaktywacji PTMA Kielce nadszedł czas na wybór władz nowo powstałego oddziału.
Obrady trwały do 23, naturalnie, że w międzyczasie zrobiło się zimno - 16.05.2015

Wybory wyłoniły:
  • Prezesa Zarządu PTMA Kielce - Mikołaja Sabata
  • Wiceprezesa Zarządu PTMA Kielce - Eugeniusza Bednarczyka
  • Sekretarza Zarządu PTMA Kielce - Andrzeja Letkowskiego    
  • Skarbnika Zarządu PTMA Kielce - Jacka Sabata
  • oraz dwóch Członków Zarządu PTMA Kielce - Grzegorza Woźniaka i Marcina Kośnego
Komisję Rewizyjną PTMA Kielce stanowić będą:
  • Przewodniczący Komisji Rewizyjnej PTMA Kielce - Mateusz Grzesik
  • Wiceprzewodniczący Komisji Rewizyjnej PTMA Kielce - Roman Krawiec
  • Sekretarz Komisji Rewizyjnej PTMA Kielce - Jacek Mucha

Na Walny Zjazd Delegatów PTMA wyłoniliśmy 3 kandydatury - Mikołaja Sabata, Eugeniusza Bednarczyka i Andrzeja Letkowskiego.

Po części oficjalnej rozpoczęła się dyskusja o planach na przyszłość naszego oddziału. Pojawiły się pomysły nt. dalszych prac przy renowacji teleskopu Uniwersał 270/1500, organizacji spotkania inauguracyjnego w czerwcu, cyklicznych wykładów tematycznych w Baranie oraz powołania oddziałowej sekcji zajmującej się promowaniem wiedzy o astronautyce i technologii kosmicznej. 

W tym tygodniu prześlemy wszystkie potrzebne dokumenty do Zarządu Głównego PTMA i po otrzymaniu potwierdzenia o uchwaleniu nowego oddziału w Kielcach, zapraszamy Wszystkich na spotkanie inauguracyjne.


PTMA Kielce nie powstałoby gdyby nie chęci i zapał wielu ludzi. Każdy wniósł coś od siebie, a gdyby nie wytrwałość, dzisiaj nie świętowalibyśmy utworzenia nowego oddziału. Jednak to dopiero początek i miejmy nadzieję, że świętokrzyscy miłośnicy astronomii wpiszą się na stałe w mapę astronomiczną Polski jako działacze jednego z najprężniejszych oddziałów PTMA. 
Dziękuję każdemu, kto w jakikolwiek sposób przyczynił się do rozwoju naszej grupy i nas wspierał - Wszyscy jesteście Założycielami PTMA Kielce.

czwartek, 7 maja 2015

Statek kosmiczny Progress w ciągu najbliższej doby spłonie nad naszymi głowami!

Najnowsze doniesienia mówią o przewidywanym spadku statku Progress M-27M na dzień jutrzejszy między godz. 01:41, a 13:41 (Ted Molczan). Wygląda na to, że kapsule zaopatrzeniowej nie pozostało już wiele życia. W tym czasie Progress przeleci nad południową Polską - jutro o godzinie 9:15* będziemy mogli po raz ostatni próbować go wypatrzeć z ziemi. Miejmy nadzieję, że statek dotrwa do tego momentu i będą niemałe szanse na to, by spłonął właśnie nad naszymi głowami.

Przypominam,  że z Polski możemy obserwować jedynie dzienne przeloty Progressa i z pewnością na rozświetlonym niebie nie dostrzeżemy niczego, o ile właśnie wtedy nie dojdzie do wejścia statku w ziemską atmosferę. 



Wiemy także, że kapsuła nie spłonie w całości - mówi się, że do powierzchni ziemi dotrze ok. 1,5 tony pozostałości po statku, jednak z pewnością będą one porozrzucane na dosyć dużym obszarze. Mimo, że statystycznie istnieje małe prawdopodobieństwo, by szczątki Progressa wyrządziły jakieś większe szkody na ziemi, to zawsze warto upewnić się, czy macie aktualne ubezpieczenie domu, bo być może przyda się mały remont dachu ;)

______
* - na stronie HeavensAbove wyznaczyłem godzinę, prawdopodobnie, ostatniego przelotu Progressa nad Kielcami. Strona daje możliwość wygenerowania sobie czasów przelotu statku nad dowolną lokalizacją. Należy jednak pamiętać, że obiekt ciągle się obniża, więc te przewidywania mogą się nieco różnić od rzeczywistości. Najbezpieczniej doliczyć sobie 3 minuty zapasu przed i po przelocie (w zależności od wysokości statku nad horyzontem, jeden przelot trwa od minuty do niespełna 3 min.)

wtorek, 5 maja 2015

Spadek statku Progress M-27M

Jak już pewnie większość z Was wie, statek kosmiczny Progress M-27M z zaopatrzeniem na Międzynarodową Stację Kosmiczną miał problemy z osiągnięciem odpowiedniej orbity i w rezultacie jest pewne, że nie dotrze do celu swojej podróży. Co więcej, w ciągu najbliższych dni spadnie na ziemię i oprócz ciekawego zjawiska na niebie, jakim będzie płonąca w atmosferze maszyna, możemy przygotowywać się również na "progresoidy", ponieważ jest niemal pewne, że Progress nie spali się całkowicie w ziemskiej atmosferze i jego części dotrą do powierzchni. Pozostają tylko dwa pytania: Gdzie? i Kiedy? Na nie wciąż nie ma odpowiedzi i prawdopodobnie nie będzie aż do długo wyczekiwanego momentu deorbitacji.
Startujący Sojuz ze statkiem Progress / Źródło: Roskosmos

Rosyjski statek został wystrzelony przed tygodniem na pokładzie rakiety Sojuz 2.1A z kosmodromu Bajkonur w Kazachstanie. Progress miał przycumować do ISS po ok. 6 godzinach od startu. W tym czasie miał on okrążyć Ziemię 4-krotnie. Jednak już na chwilę po wejściu misji zaopatrzeniowej w przestrzeń kosmiczną , stało się jasne, że statek ma problemy i należy rozważyć zmianę planów całej operacji. Początkowo o taki stan rzeczy obwiniano anteny systemu nawigacyjnego, który umożliwia automatyczne cumowanie Progessa do ISS. Próby łączności ze statkiem kończyły się fiaskiem i ciągle nie było pewności, jaka przyczyna stoi za niepowodzeniem tej misji.

sobota, 28 marca 2015

Pokaz zaćmienia Słońca w Kielcach

W piątek 20 marca z pewnością większość z Was śledziła astronomiczne wydarzenie roku - częściowe zaćmienie Słońca nad Polską. W Kielcach Księżyc przysłonił ok. 70% tarczy słonecznej, a więc byliśmy świadkami największego zaćmienia naszej dziennej gwiazdy od 1999 r., kiedy na moment "zgasło" ok. 90% Słońca. Kolejne tak pokaźne zaćmienie już nie wydarzy się w ciągu tej dekady, a na całkowite zaćmienie widoczne z Polski będziemy musieli czekać do XXII wieku.

Zaćmienie Słońca 2015 w Kielcach //Źródło: Echo Dnia

Była to zatem znakomita okazja do popularyzowania astronomii w naszym mieście i pokazania zwykłym ludziom jak wygląda astronomiczne zjawisko charakterystyczne dla naszej Planety. Prawdopodobnie nie jest to popularna w Kosmosie cecha, by na pewnym świecie rozmiary tarcz słońca i księżyca planety były dobrane w ten sposób, co na Ziemi, gdzie oprócz częściowych zaćmień doświadczamy także całkowitego przysłonięcia Gwiazdy przez Księżyc oraz zaćmienia pierścieniowego. Wygląda na to, że jako obserwatorzy mamy niebywałe szczęście żyć w miejscu, w którym tego typu spektakularne widowiska są na porządku dziennym (w końcu w nocy "nie ma" Słońca ;-) ), jednak niestety nie jesteśmy w stanie z jednego miejsca zobaczyć wiele takich zjawisk w ciągu swojego życia.
Zatłoczony Plac Artystów //Źródło: Echo Dnia

sobota, 31 stycznia 2015

Kilka wspomnień z ESO Astronomy Camp 2014

Przed miesiącem wróciłem z obozu ESO Astronomy Camp, odbywającego się w zimowej scenerii włoskich Alp. Podczas tygodnia spędzonego w obserwatorium w Aosta Valley, mieliśmy okazję poznać miłośników astronomii z różnych stron świata. Grupa Polaków była jednak jedną z najliczniejszych na obozie – oprócz mnie nasz kraj reprezentowało jeszcze 5 osób: Klaudia, Zosia, Tomek, Michał i Jakub. 

Nasza podróż rozpoczęła się z lotniska Chopina w Warszawie. Później przelecieliśmy do domu Lufthansy - do Frankfurtu.

Dopiero z Niemiec mieliśmy bezpośredni samolot do Mediolanu ...

Na miejscu mieliśmy takie widoki z okna ;-)

piątek, 23 stycznia 2015

Droga na Księżyc: Z Cape Canaveral do Morza Spokoju cz. 2

Wraz z powstaniem NASA, realizacja marzeń o Kosmosie nabrała tempa. Kiedy wyścig kosmiczny USA i Związku Radzieckiego był niemal pewny, obie strony starały się jako pierwsze poczynić następny krok. Po kolejnych misjach bezzałogowych satelitów, nastał czas przygotowań do wysłania człowieka w kosmos. Dzięki temu właśnie pierwsze organizmy ziemskie znalazły się poza macierzystą planetą, w przestrzeni kosmicznej.


Łajka
Najsłynniejszym ziemskim organizmem, który przebył podróż w kosmos przed ludźmi była rosyjska suczka Łajka, wpisująca się w poczet kosmonautów w 1957 r. podczas lotu misji Sputnik 2. Powszechnie uważa się ją za pierwsze zwierzę w kosmosie. Nic bardziej mylnego – już w latach 40’ Amerykanie przeprowadzali testy na szympansach, które przekraczały barierę kosmosu w zmodyfikowanych rakietach V2. Łajce pozostaje jednak tytuł pierwszego organizmu na orbicie okołoziemskiej. Co ciekawe, Łajka wcale nie miała zostać bohaterką Sputnika 2. W testach przygotowawczych lepiej wypadła zasłużona już dla lotnictwa kosmicznego Albina, która jednak nie doczekała się wpisu na kartach historii za sprawą wielkiego sentymentu, jakim darzył ją personel przygotowujący lot, jak i jej macierzyństwa. Ostateczny wybór padł więc na drugą w kolejce Łajkę.

Bielka i Strielka - kosmonauci Sputnika 5  // Źródło: http://animalnewyork.com/

piątek, 2 stycznia 2015

Ostatnie obserwacje w roku

Rok 2014 przeszedł już do historii, a mi z tej okazji przyszło na myśl,by powspominać ostatnie chwile roku i ostatnie obserwacje przed zmianą kalendarza. 

Ostatni tydzień 2014 roku spędziłem w pięknej Aosta Valley na ESO Astronomy Camp. Wśród 57 uczestników obozu z ponad 20 krajów znalazła się także szóstka Polaków, w tym ja. Kolejne dni upływały nam na nocnych obserwacjach, wykładach dotyczących mierzenia odległości we Wszechświecie, wycieczkach i obżeraniu się włoskimi specjałami.

Nieco tężsi, ale proporcjonalnie bardziej zadowoleni, 31 grudnia po godzinie 22 wybraliśmy się na obserwacje do obserwatorium Astronomical Observatory of Autonomous Region of the Aosta Valley położonego w Saint-Barthelemy. Na przejście z naszego hostelu do obserwatorium potrzebowaliśmy 5 minut. Kiedy zjawiliśmy się na miejscu, w tradycyjnym intro naszego wykładowcy usłyszeliśmy, że to prawdopodobnie ostatnie obserwacje w 2014 roku na świecie. Trudno mi powiedzieć, czy to prawda (zaraz się okaże dlaczego), ale na pewno były to ostatnie obserwacje tego roku dla nas.

Krystalicznie czyste niebo rozświetlone gwiazdami pięknie komponowało się z górskim otoczeniem włoskich Alp. Z każdej strony otaczały nas góry, pogoda była bardzo przyjemna, choć dało się wyczuć zimowy, w dodatku górski, chłód (jeśli ktoś zapomniał odzieży termoaktywnej). Poniżej poziomu, na którym leży obserwatorium, w dolinie błyszczała rozświetlana przez Księżyc mgła. Naszym celem do obserwacji przez 10-calowe teleskopy Cassegraina była kometa C/2014 Q2 (Lovejoy), która wciąż jaśnieje i wydaje się być najciekawszym obiektem tego typu w najbliższym czasie. 

C/2014 Q2 (Lovejoy)  // fot. Damian Peach
Kometę ujrzeliśmy jako mglistą plamkę o dosyć dużych rozmiarach i znacznej kondensacji. Niestety, warkocz był niewidoczny. Znajdująca się gdzieś pośrodku gwiazdozbioru zająca kometa to ostatni obiekt, jaki w 2014 roku udało mi się obejrzeć przez teleskop. Bardziej szczegółowe obserwacje były niemożliwe ze względu na mgłę, która chwilę później uniosła się ponad okoliczną dolinę i w błyskawicznym tempie ogarnęła balkon obserwatorium, z którego patrzyliśmy. Jedyne, co dało się wówczas zaobserwować to tęczowe halo wokół Księżyca.

Niedługo potem uświadomiłem sobie, że moją ostatnią zaobserwowaną kometą w 2013 roku również był obiekt odkryty przez Terry'ego Lovejoya - C/2013 R1 (Lovejoy). 
C/2013 R1 (Lovejoy)  //Fot. Gregg Ruppel

Co jeszcze bardziej ciekawe, mieszkańcy południowej półkuli kończący się 2011 rok mogli uczcić obserwacjami C/2011 W3 (Lovejoy), której bohaterski przelot obok Słońca zarejestrowany przez sondę SOHO oglądam wciąż z wypiekami na twarzy. To nadal obiekt noszący miano najjaśniejszej komety tej dekady. 
C/2011 W3 (Lovejoy)   //Fot. Alex Cherney

Najwyraźniej Terry ma szczęście do ciekawych komet końcoworocznych. Życzmy mu więc kolejnych ciekawych odkryć, a Wam życzę kolejnych wspaniałych spektaklów na niebie. Wszystkiego najlepszego w 2015 roku!

A jakie były Wasze ostatnie obserwacje w 2014 roku?

poniedziałek, 3 listopada 2014

Droga na Księżyc: Z Cape Canaveral do Morza Spokoju cz. 1

Obserwując nocne niebo, zafascynowani pięknem najrozmaitszych mgławic, gromad i galaktyk, często żałujemy, że te prawdziwe dzieła sztuki są tak daleko i tylko teleskopy lub lornetki są w stanie nam je przybliżyć. Być może zapominamy wtedy o pięknie będącym „nieco” bliżej – o Księżycu, który już prawie pół wieku temu zdobyliśmy. Najlepszym sposobem na prześledzenie tego wielkiego dokonania ludzkości jest lektura „Wyścig na orbitę” albo… wycieczka do Cape Canaveral na Florydzie, gdzie niedawno miałem okazję się znaleźć.


Wyścig w kosmos dwóch największych mocarstw świata rozpoczyna się wraz z zakończeniem II Wojny Światowej. Wtedy właśnie obie strony zdają sobie sprawę, jak wielkim atutem jest posiadanie własnych pocisków rakietowych. Osobą uważaną za światowego specjalistę w konstrukcji rakiet był Wernher von Braun, podczas wojny pracujący dla III Rzeszy. On właśnie stał za produkcją pocisków rakietowych V-2 (broń odwetowa nr 2) – ostatniej nadziei Niemców na przechylenie szali zwycięstwa na swoją stronę. Pierwsze rakiety tego typu wystrzelono w 1942 r., jednak dopiero dwa lata później doczekały się czynnej służby na potrzeby wojska. Rakieta V-2 zapisała się na kartach historii astronautyki jako pierwsze w historii dzieło człowieka, które przekroczyło Linię Kármána - liczącą 100 km n.p.m. umowną granicę kosmosu.

Rakieta V2 na platformie startowej  / Źródło: www.v2rocket.com

niedziela, 19 października 2014

IX Zlot Forum Astronomicznego w Zatomiu - relacja

25 września rozpoczął się IX Zlot Forum Astronomicznego - jedno z najciekawszych wydarzeń w kalendarzu każdego miłośnika astronomii, odbywające się cyklicznie wiosną i jesienią w miejscowości Zatom, leżącej blisko Drawna w zachodnio-pomorskim. W pobliżu znajdują się liczne jeziora, rzeki Drawa i Korytnica, a całość otaczają rozległe lasy, wchodzące w skład Drawieńskiego Parku Narodowego. Mimo, że Zatom położony jest w tak malowniczej okolicy, nic nie wskazuje na to, że populacja mieściny, którą na codzień zamieszkuje zaledwie 140 osób, na kilka dni wzrośnie niemal dwukrotnie. Tak się jednak dzieje przynajmniej dwa razy do roku, a wszystko za sprawą... pasjonatów, którzy przyjeżdżają z różnych stron Polski tylko po to, by powgapiać się w zatomskie gwieździste niebo, słynące ze znikomego zanieczyszczenia sztucznym światłem. Słowem - jest to idealne miejsce dla obserwacji astronomicznych i wiedzą o tym użytkownicy Forum Astronomicznego, którzy już po raz dziewiąty gościli w Drawieńskim Parku Narodowym z masą sprzętu i z ogromnym zapałem. 

 

Jak widać na mapie, niektórzy przyjechali z bardzo daleka. Do tej grupy niewątpliwie należała nasza małopolska ekipa w składzie: lukost (Łukasz), krater (Jerzy) i ja. W dniu rozpoczęcia zlotu, o 5 rano byłem już na kieleckim dworcu. Busem dotarłem do Krakowa, skąd w dalszą drogę udałem się ze wspomnianymi Kolegami. 7-godzinna wyprawa upłynęła przy akompaniamencie Lady Panku i Dżemu, których kawałki nieprzerwalnie rozbrzmiewały w samochodowym radiu. 
Po dotarciu na miejsce, szybko udaliśmy się na obiad do restauracji "Potrawy znad Drawy", mającej bardzo dobrą renomę wśród zlotowiczów. Po smacznym posiłku, pozostało jedynie przywitać się ze wszystkimi, rozpakować bagaże i czekać na zmierzch. 
Pierwszy zlotowy wieczór wynagrodził nam trudny podróży. Mieliśmy blisko godzinę czystego nieba na obserwacje. Wraz z lukostem, kraterem i Alice rozstawiliśmy się na polanie za Pyrlandią i "czesaliśmy" lornetkami 28x110, 12x70 i 10x50. Dzięki tym chwilom, przypomniałem sobie, jak wielką frajdę daje duża lornetka. Jednak kiedy pogoda zaczynała się psuć, w trójkę wybraliśmy się do pani Krysi na kolację. Kiedy wróciliśmy, okazało się, że nastąpiło totalne załamanie pogody i nawet padał deszcz. Na szczęście Panasmaras zlitował się nad cierpieniem mojej lornetki i schował ją przed deszczem do swojego pokoju (wielkie dzięki ! :-) ). 
Pierwsza noc pokazała, jakie potrafi być zatomskie niebo, ale pozostawiła również spory niedosyt, który mieliśmy nadzieję zaspokoić następnego dnia...  

wtorek, 30 września 2014

European Rover Challenge w Podzamczu Chęcińskim - relacja z naszego stoiska

W weekend 5-7 września w Podzamczu Chęcińskim pod Kielcami miały miejsce międzynarodowe zawody łazików marsjańskich w ramach konkursu European Rover Challenge. Oprócz rozgrywek konkursowych, mających wyłonić najlepszego łazika skonstruowanego przez zespoły studentów z całego świata, odbyła się także konferencja naukowa "Człowiek w kosmosie" oraz piknik naukowy. Na pikniku swoje stoisko prezentowało Polskie Towarzystwo Miłośników Astronomii, a ja miałem przyjemność być jego opiekunem. 
W tej krótkiej foto-relacji chciałbym pokazać Wam, jak wyglądała ta impreza z naszej perspektywy - z perspektywy wystawców.

 




Na stoisku PTMA pracowaliśmy w składzie: ja, Filip, Mateusz oraz Michał.
Pierwszego dnia przyjechaliśmy do Podzamcza, jeszcze przed rozpoczęciem imprezy, z samochodem pełnym eksponatów, które później prezentowaliśmy. Auto musiało zostać odpowiednio oznaczone, inaczej nie wpuszczono by nas na teren pikniku.

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

299 792 458

Zastanawialiście się kiedyś, z jaką prędkością mknie światło i czemu przed wiekami to pytanie przysporzyło wiele problemów naukowcom? Dlaczego podczas burzy najpierw widzimy błysk, a dopiero kilka sekund później słyszymy grzmot? (niektórzy mieli okazję zaobserwować błysk i grzmot jednocześnie, bez opóźnienia, jednak nikomu nie polecam) Oraz dlaczego żadnego z obiektów kosmicznych nie obserwujemy w czasie rzeczywistym?

Na te pytania odpowiem w moim pierwszym artykule od czasu zamknięcia astroMikołaj.blogspot.com! Nazywam się Mikołaj Sabat i z chęcią opowiem Wam, dlaczego warto czasem spojrzeć na to, co dzieje się ponad horyzontem. Wszystkim Czytelnikom - tym, którzy pamiętają mnie sprzed roku i tym, którzy mają okazję czytać mojego bloga po raz pierwszy, mówię gorące cześć, dzień dobry i dobry wieczór oraz zapraszam do śledzenia mojego nowego bloga o nazwie "Ponad horyzontem", w którym będę starał się wziąć pod lupę wszystkie niezwykłe tajemnice i uroki Nocnego Nieba™.

299 792 458 - cóż to za pomysł, by w ten sposób nazwać artykuł? I to w dodatku pierwszy na nowym blogu?! Jeśli trzymasz już swojego smartfona w ręce i właśnie wybierasz "299...", telefon odstaw w kąt i czytaj dalej, bo to nie jest mój numer telefonu, a ja nie powiem Ci, co czeka Cię w przyszłości jeśli jesteś spod znaku Byka, Lwa lub Koziorożca - nie jestem astrologiem, lecz miłośnikiem astronomii. Astrolomia i Astronogia? Astro... co? Nie, to nie jest to samo, choć Kepler by ze mną polemizował...
Historia tytułowego ciągu cyfr zaczyna się ok. 13,7 miliarda lat temu, kiedy to ułamek sekundy po Wielkim Wybuchu  mroki nowopowstałego Wszechświata rozjaśnia pierwszy foton. Dopiero milion lat później powstają pierwsze gwiazdy, łącząc się w galaktyki i dając początek kształtowaniu się nowych światów w erze, którą kosmologowie nazywają erą materii lub erą galaktyk. Obraz Kosmosu zmienia się wówczas w sposób radykalny i już nigdy nie będzie taki sam. Dzięki powstaniu gwiazd i galaktyk, Wszechświat opanowały nowe, cięższe pierwiastki, kończąc monopol wodoru i helu. Skutkiem tego wydarzenia były narodziny bardziej urozmaiconych, również skalistych, planet, a w rezultacie i nas samych.



Na Ziemi ludzie spoglądali w górę i snuli przypuszczenia, w jaki sposób działa ta wielka machina Wszechświata. Od wieków fascynował ich także jeden problem - istota światła.

Nad nią zastanawiał się już w V wieku p.n.e. Empedokles z Akragas, znany przede wszystkim jako poeta, filozof, lekarz, a także dobry mówca (Arystoteles nazwał go twórcą retoryki) oraz... cudotwórca i uzdrowiciel (współcześni przypisywali mu takie zasługi jak np. panowanie nad wichrami i powodziami oraz wskrzeszanie zmarłych). Empedokles zasłynął jako twórca koncepcji czterech żywiołów: ziemi, ognia, powietrza i wody, jednak jego kosmogoniczne poglądy były dużo bardziej rozległe i niektóre z nich na długie wieki pozostały w świadomości ludzi jako odpowiedź na pytanie o początku Wszystkiego. Spośród nich na uwagę zasługuje myśl starożytnego filozofa dotycząca natury światła. Wysnuł on, że skoro światło polega na ruchu, to do rozchodzenia się wymaga czasu, sugerując tym samym skończoność prędkości światła. Z tym poglądem nie mógł zgodzić się choćby Arystoteles, który uważał, że potwierdzonym przez obserwacje faktem jest natychmiastowe pojawianie się promieni słonecznych na Ziemi.

wtorek, 10 grudnia 2013

Koniec astro-bloga !

Po wielu wspólnie spędzonych chwilach, po półrocznej przygodzie z rozwijaniem małego, mało popularnego bloga na uboczu do rangi nieco bardziej rozpoznawalnego astro-bloga, nadszedł czas, aby zawiesić klawiaturę na kołku i pożegnać się ze wszystkimi osobami, które w jakikolwiek sposób wspierały moje działania i były moimi Czytelnikami - to ostatnie jest najważniejszą zasługą Was wszystkich i za to chciałbym Wam teraz najgoręcej podziękować.

Początki "astroMikołaja" wcale nie były takie łatwe - sama idea bloga nie była oczywista. W trakcie mojego pobytu w Kennedy Space Center na Florydzie w maju tego roku, pisałem codzienne relacje z wyprawy na żywo na forum Astropolis, aby przybliżyć Znajomym tę moc atrakcji, jaką miałem okazję przeżyć na Cape Canaveral. Następnie przyszedł czas na zredagowanie pisanych w pośpiechu tekstów, tak, aby mogły występować również jako źródło wiedzy o kosmosie i przede wszystkim astronautyce. Mój pierwszy długi artykuł na ten temat - znacznie bardziej szczegółowy niż poprzednie, pojawił się na początku czerwca jako tekst promowany na stronie głównej Astropolis. Mniej więcej w tym samym czasie (a może nawet już nieco wcześniej) wiele osób namawiało mnie do utworzenia bloga o astronomii, na którym będę mógł bardziej zagłębić się nie tylko we wspomnienia o Florydzie, ale również w to, co nad nami. Już w tydzień po powrocie z USA obszerna relacja z wizyty w Kennedy Space Center była gotowa. Z małą dozą obawy i niepewności zdecydowałem się umieścić ją na swoim nowym astronomicznym blogu. Tak powstał blog o nazwie "Astronomia-Rakiety-Katadioptryki" pod adresem MikolajSabat.blogspot.com. W jego logo po raz pierwszy pojawił się Księżyc - zdjęcie pełni wykonane przeze mnie w trakcie pobytu na Florydzie, tuż przed startem rakiety Delta IV, kiedy nasz satelita dopiero wschodził. W bezpośrednim sąsiedztwie Księżyca znajdowała się palma - znak rozpoznawczy tamtejszego klimatu. Banner bloga w tej formie istniał jeszcze do listopada 2013, kiedy z okazji "Kometarnej Serii" postanowiłem zmienić go na coś bardziej odpowiadającego najczęściej poruszanej tematyce.

Wygląd całego bloga również zmieniał się kilkukrotnie - począwszy od tła, którym do niedawna było nocne zdjęcie jednego z moich teleskopów, obecnie widzimy zdjęcie Ziemi z orbity. Oprócz aspektów graficznych, zmianie przed ponad miesiącem uległa także nazwa bloga (z Astronomia-Rakiety-Katadioptryki na astroMikołaj), jak również sam adres www. Zmiana nazwy miała oznaczać odejście od początkowej formy witryny, która oscylowała raczej wokół pamiętników z obserwacji i informacji o sprzęcie.


W trakcie działalności bloga wprowadzałem różne pomysły serii artykułów o różnej tematyce. Po okresie, w którym pisałem najczęściej relacje z obserwacji przyszedł czas, aby zająć się czymś innym... Tak narodził się pomysł stworzenia polskiej wersji bardzo popularnego amerykańskiego astro-bloga Uncle Rod's Astroblog. Autorem bloga jest Rod Mollise uznawany za specjalistę w dziedzinie teleskopów, przede wszystkim SCT, napisał wiele książek/poradników na ich temat, a jego artykuły cyklicznie pojawiają się w bodaj najbardziej prestiżowym czasopiśmie o astronomii amatorskiej - Sky&Telescope. Dzięki przetłumaczeniu jego posta na temat upadku Meade, zyskałem kontakt ze Specjalistą - Rod ucieszył się, że w tak odległym kraju, jakim jest Polska, ktoś czyta jego teksty i nie mógł uwierzyć, że jest nas aż tak dużo... a było ;-) Polska wersja wspomnianego artykułu zgromadziła wokół mojego bloga wielu czytelników i wcale się temu nie dziwię, bo każdy mógł dowiedzieć się czegoś ciekawego od tak doświadczonego astro-amatora, jakim jest Rod Mollise.

Bycie tłumaczem nie godziło się jednak z moją naturą, z celem, który chciałem osiągnąć jako blogger i mimo tego, że w tamtym czasie otrzymałem od wielu osób mnóstwo ciepłych słów na temat polskiego Wujka Roda, postanowiłem zawiesić tę serię i zająć się bardziej katadioptrykami, które wówczas miały być jednym z głównych tematów bloga. Dodałem więc kilka artykułów na temat teleskopów zwierciadlano-soczewkowych, poruszając na początku jedynie wątki wprowadzające i bardzo ogólne. Być może prowadzenie jedynego polskiego bloga o katadioptrykach byłoby dla mnie dobre, jednak po raz kolejny zaprzestałem prac nad swoim projektem mimo, że zamysły o teleskopowym blogu pozytywnie odbiły się echem wśród moich Znajomych. 

Później nastał okres przestoju. Przez kilka tygodni nie dodawałem nowych artykułów, a liczba odwiedzających bloga osób spadła niemalże do zera. Sprawa uległa zmianie kiedy pojawił się tekst o zderzeniu galaktyk. To była zapowiedź powrotu astroMikołaja (już ze zmienioną nazwą) do świata aktywnych blogów. Szybko zrodził się pomysł zrobienia ostatniej serii artykułów - tym razem od początku do końca. Jako, że początki mojego poważniejszego zainteresowania astronomią były ściśle związane z kometami, postanowiłem pisać właśnie o nich (a konkretniej o C/2012 S1) w ramach "Kometarnego Miesiąca". Przez pierwsze 2 tygodnie nowe artykuły były dodawane co najmniej co 2 dni. Później już codziennie. Okazało się, że mój blog w Polsce był jednym z nielicznych miejsc, gdzie były podawane aktualności na temat lotu komety ISON w stronę Słońca. Aktywne prowadzenie tej serii artykułów dało mi wiele satysfakcji i dzięki temu zyskałem wielu nowych Czytelników. 

Już na koniec chciałbym podsumować ten czas, jaki tutaj spędziłem. Najpierw pokażę Wam listę najpopularniejszych artykułów, jakie pojawiły się na astroMikołaju:

A tutaj miesiące, w których było najwięcej wejść na mojego bloga:
1. Listopad 2013  (około 70% wszystkich wejść) 
2. Czerwiec 2013
3. Grudzień 2013

 Na moim blogu pojawiło się ponad 50 postów, z czego aż 31 dotyczyło komet. W listopadzie pisałem średnio 1 post/dzień, natomiast w historii całego bloga było to ok. 0,3 posta dziennie.

Skoro to już ostatni post, nie pozostaje mi nic innego jak tylko się cieszyć   podziękować wszystkim za zaglądanie na mojego bloga. Mam nadzieję, że udało mi się choć trochę wprowadzić Was w świat astronomii widzianej moim okiem. Czuję wielką satysfakcję, że mogłem pisać tutaj dla Was, jednakże przyszedł już moment, by pójść w innym kierunku. Na pewno wkrótce jeszcze mnie gdzieś w odległym astro-internecie zobaczycie ;-)

Pozdrawiam gorąco i mocno wszystkim dziękuję !
Cześć !

niedziela, 1 grudnia 2013

Koniec Komety ISON, koniec Komety Stulecia

Kometa C/2012 S1 (ISON) jednak nie przetrwała czwartkowego peryhelium w kondycji umożliwiającej nam jej dalsze obserwacje na niebie gołym okiem. Hipoteza mówiąca o całkowitym rozpadzie jądra Komety przewijała się jeszcze przed 28 listopada - głównie za sprawą badań Michała Drahusa. Jednak ISON podróżowała dalej ku Słońcu, aż 27.11. mogliśmy ją zobaczyć w koronografach na sondzie SOHO. W trakcie swojej wyprawy ku Słońcu pojaśniała do jasności -2 mag, a tuż przed peryhelium gwałtownie straciła na jasności - takie zachowanie było jednak wcześniej przewidywane przez wielu badaczy.



Poważny niepokój dotyczący losów komety pojawił się dopiero po opublikowaniu zdjęć z SDO, na których nie zauważono C/2012 S1, a orbita sondy była wcześniej specjalnie korygowana, aby zarejestrować przelot przez peryhelium Komety ISON. Następnie PROBA nie ukazała oblicza pędzącej bryły skalnej. Było niemal pewne, że z jądrem Komety Stulecia stało się coś złego. Kilka chwil po peryhelium zaobserwowaliśmy wyłaniający się z krążka koronografu LASCO C2 warkocz Komety. Wciąż nie ma całkowitej pewności, czy istniało wówczas jeszcze jądro. Jakakolwiek kondensacja nie była zauważalna, więc można mieć pewność, że jeśli jądro jeszcze istniało, nie przypominało już rozmiarami tego wcześniejszego, a jeśli w ogóle istniało, najprawdopodobniej było już rozczłonowane.

Pozostałości po Komecie ISON rozpaliły na nowo nadzieje na udane widowisko na niebie. Była szansa, że będą zachowywać się tak jak C/2011 W3 (Lovejoy) po peryhelium albo kometa Semi-Line. Stało się jednak inaczej, jasność Komety ciągle znacząco spadała. Wczorajsze informacje podane przez badaczy wydają się rozwiewać wszelkie wątpliwości na temat C/2012 S1. Prawdopodobnie doszło do całkowitej fragmentacji jądra i jeśli po peryhelium istniały jeszcze jakieś odłamki jądra, dzisiaj mogą już nie istnieć. ISON-zombie będzie jeszcze podróżował według przewidywanej orbity i mamy nadzieję, że uda się przeprowadzić bardziej szczegółowe badania.

To była Kometa Stulecia! Bo jak inaczej można nazwać obiekt, któremu poświęcono tyle uwagi w trakcie ostatnich tygodni? C/2012 S1 (ISON) zapisała się na kartach historii jako jedna z najlepiej zbadanych komet przez człowieka - a mimo wszystko pełna tajemnic! Nazwa Komety ISON uplasowała się na pierwszym miejscu najczęściej wyszukiwanych w internecie komet, wyprzedzając nawet najpopularniejsze dotychczas komety Halleya i McNaught.

Tym samym kończy się seria "Kometarny Miesiąc" na moim blogu. Dziękuję wszystkim czytelnikom za śledzenie moich wpisów. W najbliższym czasie opublikuję nowy artykuł, w którym wyjaśnię nieco swoich planów dotyczących dalszych losów mojego bloga ;-)

piątek, 29 listopada 2013

C/2012 S1 (ISON) - kometa, która przetrwała?

Jak oszukać NASA i wprowadzić większość światowych specjalistów w błąd? Wystarczy być kometą! Ta sztuka udała się właśnie komecie C/2012 S1 (ISON). Wczoraj wieczorem, niedługo po jej peryhelium, pojawiły się informacje na oficjalnych profilach NASA na tweeterze, że Kometa ISON nie przetrwała peryhelium. Dzisiaj już wiemy, że z dużym prawdopodobieństwem mógł przetrwać mały fragment jądra Komety, dzięki któremu ISON dalej kontynuuje swoją podróż przez Układ Słoneczny.

Wciąż brakuje wielu kluczowych informacji, więc należy czekać na dodatkowe badania, które w ciągu najbliższych dni na pewno zostaną poświęcone C/2012 S1 (ISON), która już po peryhelium oddala się od Słońca. Czy jest bezpieczna? Tego jeszcze nie wiemy. Obecnie, zgodnie ze zdjęciami z LASCO C3, jej jasność wynosi ok. 2 mag i wydaje się, że już na tej wielkości się ustabilizowała. Poniżej film ukazujący Bohaterską Kometę przechodzącą tuż obok Słońca:

czwartek, 28 listopada 2013

Jak Ikar wzleciał za daleko ku Słońcu, czy niczym Feniks powrócił z popiołów - co zrobił ISON?

Wciąż nie wiadomo, co stało się z Kometą C/2012 S1 (ISON) w trakcie przebywania przez swoje peryhelium. Świat astronomii, a przede wszystkim astronomii amatorskiej, przeżywają teraz smutne chwile, niemalże opłakując stratę tak wielkiej szansy na wspaniałe widowisko na niebie. Kometa ISON nie została bowiem zarejestrowana przez SDO, które NASA specjalnie przestawiało na orbicie, by mogło dojrzeć kometę w trakcie peryhelium. Zdjęcia z europejskiego PROBA również nic nie pokazały. NASA prowadziło na YT relację live z tego, co aktualnie wiemy o losie komety. Odbyła się dyskusja między specjalistami, w tym z Karlem Battamsem - nadzorcą projektu Sungrazing Comets, członkiem CIOC. Po 21 audycja się zakończyła, a goście pożegnali się z widzami w smutnej atmosferze - najprawdopodobniej "Kometa stulecia" jednak nie przetrwała zbliżenia do Słońca i już przestała istnieć. Na oficjalnych kontach na tweeterze, NASA opowiedziała się za najbardziej prawdopodobną hipotezą - całkowitym rozpadem jądra Komety ISON. Mimo, że C/2012 S1 przeleciała w dalszej odległości od naszej Gwiazdy niż choćby C/2011 W3 (Lovejoy) 2 lata temu, wszystko wskazuje na to, że nie miała tyle szczęścia i została zdmuchnięta niczym zapałka przez rozgrzane Słońce.


Jednak na LASCO C2 po drugiej stronie Słońca pojawił się warkocz Komety i wydaje się jakby wzrastał on na jasności. To zdjęcie jest jednocześnie nadzieją dla wszystkich tych, którzy jeszcze liczą na to, że mimo złych informacji z SDO i PROBA (tzn. braku tych informacji) "Kometa stulecia" jeszcze istnieje. Zwiększanie się jasności warkocza może oznaczać, że jednak jest tam "coś" aktywnego - być może mały fragment jądra, który jeszcze zabierze ogromny warkocz za sobą i zaistnieje na naszym niebie. Już wcześniejsze obserwacje, wykonane jeszcze przed peryhelium, były raczej sceptyczne dla jądra Komety - na żadnym z wcześniejszych zdjęć nie udało się dostrzec centralnego zagęszczenia, które dałoby nam informację, że jądro jest zdrowe.
Z drugiej strony na powyższym zdjęciu możemy się doszukiwać jedynie zwłok naszej Bohaterki. Nic nie wyklucza możliwości, że jest to jedynie porzucony warkocz, a jądro przestało istnieć.



Cała sprawa już na pewno wyjaśni się jutro, gdy będziemy mieli więcej zdjęć z koronografów LASCO i sond STEREO. Na koniec jeszcze animacja, być może ostatnich chwil komety ISON, uwiecznionych przez STEREO Ahead (powyżej).

Peryhelium C/2012 S1 (ISON)

18:48 UT (19:48)

Kometa C/2012 S1 (ISON), o ile jeszcze istnieje, właśnie w tym momencie znalazła się na najbliższej Słońcu odległości. Należy jeszcze poczekać na czas, w którym kometa powinna się znowu pojawić w koronografach LASCO, jednak niepokoi fakt, że prawdopodobnie nie dostrzeżono jej w SDO.